Zanim krem trafi na skórę, czyli o tym jak opracowuje się i bada nowy kosmetyk

Materiały partnera

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co dzieje się z kremem, zanim trafi na sklepową półkę? Gotowy kosmetyk jest efektem wielomiesięcznej pracy specjalistów, której konsument nie jest w ogóle świadomy. Gdy receptura ma odpowiadać na potrzeby skóry wymagającej, droga od pomysłu do finalnego produktu staje się jeszcze bardziej złożona. Co właściwie dzieje się za drzwiami laboratorium, zanim kosmetyk zostanie uznany za gotowy? Zaglądamy do środka i sprawdzamy, jak wygląda praca nad nową recepturą.

Jak z pomysłu powstaje realny produkt?

Najlepsze pytania zaczynają się od słowa ‘’jak’’ i dlatego tutaj na chwilę się zatrzymamy. Załóżmy, że od jakiegoś czasu chodzi Ci po głowie stworzenie własnej marki kosmetycznej. Masz pomysł na pierwszy krem, wiesz, dla kogo ma być przeznaczony i jaki efekt chcesz uzyskać. Jednakże sam proces na początku może wydawać się abstrakcyjny, bo jak taki pomysł wcielić w życie?

POLECAMY

Aby dokładnie się tego dowiedzieć, postanowiliśmy zapytać o to kogoś, kto ma wieloletnie doświadczenie w branży kosmetycznej. Z pomocą przyszła nam Anna Wójcik-Golonka, która jest absolwentką kierunku chemicznego oraz pracuje jako technolog laboratoryjny w Cristal Laboratory.

Zacznijmy naprawdę od podstaw. Skąd właściwie mam wiedzieć, jakie składniki powinny znaleźć się w moim kremie?

A Wójcik-Golonka: I właśnie między innymi od tego jest technolog.

Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że do laboratorium często trafiają osoby, które mają przede wszystkim pomysł na produkt. Wiedzą, w jakiej formie miałby on być, dla kogo ma być przeznaczony i czego oczekują od jego działania. Dokładnie tyle nam wystarczy. Nikt nie wymaga od świeżych właścicieli własnej marki kosmetycznej znajomości konkretnych surowców ani w jakich proporcjach powinni je łączyć. To jest już nasze zadanie.

Na podstawie takiego pomysłu zaczynamy przygotowywać konkretną recepturę. Czasami klient przychodzi też z jednym składnikiem, na którym szczególnie mu zależy, i wtedy sprawdzamy, czy rzeczywiście sprawdzi się w planowanym produkcie i jak najlepiej włączyć go do formulacji.

No dobrze, ale właściwie skąd technolog wie, które składniki można ze sobą połączyć?

A Wójcik-Golonka: Wiedza technologa opiera się przede wszystkim na rozumieniu właściwości poszczególnych surowców i doświadczeniu formulacyjnym. Każdy składnik ma określone warunki, w których najlepiej działa. Niektóre substancje są wrażliwe na określone pH, inne wymagają odpowiedniego sposobu rozpuszczenia. Czasami mogą nawet stracić swoją stabilność w obecności innych konkretnych składników.

Na co dzień pracujemy z dokumentacją techniczną surowca, która dostarcza wiele cennych informacji o nim. Producent wskazuje w niej między innymi zalecany sposób użycia czy warunki, w których dany składnik zachowuje swoje właściwości. Technolog musi następnie przełożyć te informacje na całą recepturę, bo składnik, który dobrze sprawdza się sam, nie zawsze będzie zachowywał się tak samo po połączeniu z kilkunastoma innymi substancjami.

Co ciekawe, surowiec dostępny u jednego dostawcy może różnić się od odpowiednika oferowanego przez inną firmę. Różnica może dotyczyć chociażby stężenia substancji aktywnej albo nośnika, w którym została ona przygotowana. Dla konsumenta skład kosmetyków może wyglądać niemal identycznie, podczas gdy w laboratorium ten sam surowiec będzie zachowywać się inaczej.

Dlatego ostateczną odpowiedź daje dopiero praca z recepturą. Przygotowujemy próbkę i obserwujemy, czy założenia sprawdzają się w praktyce. Jeśli pojawia się problem, trzeba ustalić, z czego on wynika. Może to być nieodpowiednie połączenie surowców, ich ilość albo sposób wykonania naszego przykładowego kremu.

A jeśli zależy mi na naturalnych składnikach w mojej recepturze?

A Wójcik-Golonka: Pochodzenie surowca jest tylko jedną z jego cech i samo w sobie nie przesądza o bezpieczeństwie. Dobrym przykładem są ekstrakty roślinne, których właściwości mogą różnić się w zależności od tego, z jakiej części rośliny zostały pozyskane, w jaki sposób przeprowadzono ekstrakcję oraz to w jaki sposób potem są przechowywane.

Dla przykładu niektóre naturalnie występujące substancje zapachowe, jak limonen czy linalol, pod wpływem tlenu mogą zacząć się utleniać. Powstające wtedy związki mogą mieć większy potencjał uczulający niż świeża substancja.

Mamy pierwszą próbkę kremu. Co dzieje się z nią dalej?

Załóżmy więc, że składniki zostały dobrane, technolog przygotował recepturę i na laboratoryjnym stole pojawia się pierwsza próbka. Konsystencja się zgadza, kolor wygląda dobrze, a krem dokładnie tak rozprowadza się na skórze, jak zakładaliśmy. Mogę już uznać, że mamy gotowy produkt?

A Wójcik-Golonka: Na tym etapie zdecydowanie byłoby za wcześnie. Pierwsza próbka pokazuje nam, że udało się uzyskać określony produkt, ale teraz trzeba zobaczyć, jak będzie się on zachowywał.

W przypadku kremu jest on najczęściej emulsją. W dużym uproszczeniu oznacza to układ, w którym połączone zostały faza wodna i olejowa, mimo że naturalnie nie chcą się ze sobą mieszać. Odpowiednio dobrane emulgatory pomagają utrzymać ten układ, ale jego struktura może zmieniać się wraz z upływem czasu.

To, co może się zmienić? Przecież skład pozostaje dokładnie taki sam

A Wójcik-Golonka: I tutaj pojawia się jedna z mniej oczywistych rzeczy w pracy nad kosmetykiem. O właściwościach produktu decyduje nie tylko to, co znajduje się w recepturze, ale również sposób jej wykonania.

Znaczenie może mieć chociażby kolejność wprowadzania surowców. Inny też efekt można uzyskać przy zbyt intensywnym mieszaniu albo przy niewłaściwie przeprowadzonym chłodzeniu. Dlatego tę samą recepturę można wykonać w różny sposób i otrzymać produkty, które będą różniły się choćby lepkością.

Pierwszej próbki nie warto też poprawiać zbyt szybko. Niektóre zagęstniki potrzebują kilku godzin, żeby w pełni zbudować strukturę. Podczas homogenizacji, czyli intensywnego mieszania, które pozwala dokładnie połączyć składniki i uzyskać jednolitą strukturę kremu, do masy może dostać się powietrze. Początkowo może ono zaburzyć pomiar lepkości. Jeśli technolog zareaguje natychmiast i rozrzedzi produkt, po odgazowaniu może się okazać, że krem stał się zbyt płynny.

A skąd wiadomo, że krem nie zepsuje się po otwarciu?

A Wójcik-Golonka: Krem nie będzie przez cały czas znajdował się w sterylnych warunkach laboratorium. Trafi do łazienki, będzie wielokrotnie otwierany, a w przypadku słoiczka użytkownik może nabierać go palcami.

Dlatego jednym z ważnych elementów jest odpowiednie zabezpieczenie kosmetyku przed rozwojem drobnoustrojów. Co ważne, konserwant nie działa tak samo w każdym produkcie. Jego skuteczność zależy od środowiska, jakie tworzy cała receptura.

Część konserwantu może na przykład lepiej łączyć się ze składnikami oleistymi niż z wodą, podczas gdy największa ochrona potrzebna jest właśnie w tej części kosmetyku, w której znajduje się woda. Inne składniki obecne w kosmetyku mogą także wpływać na jego dostępność. Dlatego nie możemy założyć, że konserwant użyty w tej samej ilości będzie działał tak samo w każdym kremie. Jego skuteczność zawsze zależy od całej receptury.

Aby to sprawdzić, korzystamy z tak zwanego challenge test, czyli badania skuteczności ochrony przeciwdrobnoustrojowej kosmetyku. Brzmi dość przewrotnie, bo podczas badania próbkę celowo zakażamy określonymi mikroorganizmami. Następnie sprawdzamy, czy zastosowany w kosmetyku system konserwujący potrafi ograniczyć ich namnażanie. Obserwacja trwa zwykle 28 dni, a liczba drobnoustrojów jest kontrolowana w określonych odstępach czasu. Dzięki temu badamy nie sam konserwant, ale to, czy rzeczywiście działa on skutecznie w gotowej recepturze.

W standardzie Cristal Laboratory wykorzystujemy w challenge testach pięć szczepów referencyjnych.

Czyli każdy krem musi przejść dokładnie takie same badania?

A Wójcik-Golonka: Zakres badań dobiera się do konkretnego produktu i związanego z nim ryzyka. Istnieją formulacje, w których warunki same w sobie bardzo utrudniają rozwój drobnoustrojów. Może tak działać na przykład bardzo niska dostępność wody dla mikroorganizmów. Jeżeli z tego powodu określone badanie nie jest wykonywane, taka decyzja ma techniczne uzasadnienie.

Czy naprawdę trzeba czekać kilka lat, żeby sprawdzić trwałość kremu?

To kolejne pytanie, które nasuwa się dość szybko. Skoro kosmetyk ma zachować swoje właściwości przez długi czas, najprościej byłoby postawić go na półce i obserwować. Tyle że oznaczałoby to wieloletnie oczekiwanie. Technolożka Cristal Laboratory wyjaśnia, jak to wygląda w laboratorium, w którym pracuje:

A Wójcik-Golonka: Prowadzimy badania stabilności. Próbki umieszcza się w odpowiednio dobranych warunkach, żeby obserwować, czy w produkcie zaczynają zachodzić niepożądane zmiany. Przykładowo krem trafia do podwyższonej temperatury. Podczas testów chcemy stworzyć warunki, które mogą przyspieszyć pewne procesy i dzięki temu wcześniej ujawnić słaby punkt produktu. W trakcie obserwacji mierzymy konkretne parametry. Jeśli na przykład zmienia się pH albo krem zaczyna tracić swoją strukturę, trzeba ustalić przyczynę.

Czy to prawda, że kilka tygodni w 40 stopniach odpowiada kilku latom normalnego przechowywania?

A Wójcik-Golonka: Podwyższona temperatura rzeczywiście może przyspieszać pewne reakcje. Jednocześnie może uruchomić proces, który w normalnych warunkach przebiegałby zupełnie inaczej albo wcale by się nie pojawił. Warunki badania dobiera się do konkretnej formulacji, a równolegle produkt może być obserwowany w czasie rzeczywistym.

Czy opakowanie naprawdę może wpłynąć na sam kosmetyk?

A Wójcik-Golonka: Tak, dlatego opakowanie traktujemy jako część produktu, a nie tylko jego obudowę. Materiał może wchodzić w interakcję z formulacją, na przykład pochłaniać część jej składników albo przepuszczać tlen i parę wodną. Znaczenie ma też konstrukcja opakowania. Ta sama formulacja może bez problemu sprawdzać się w słoiku, ale być zbyt lepka dla wybranego mechanizmu dozującego.

Dlatego kompatybilność bada się z takim opakowaniem, w jakim kosmetyk ma później trafić do sprzedaży. Dotyczy to również opakowań airless, które ograniczają kontakt produktu z powietrzem i dłonią. W ich wypadku nadal trzeba sprawdzić, czy materiał i mechanizm dozujący są odpowiednie dla konkretnej formulacji.

Skoro receptura działa w małej zlewce, dlaczego nie można po prostu zrobić jej sto razy więcej?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to proste. Jeśli w laboratorium udało się przygotować kilogram kremu, wystarczy przecież zwiększyć ilość każdego składnika w tej samej proporcji. W praktyce przejście z małej próbki do produkcji większej partii jest jednak osobnym etapem pracy.

A Wójcik-Golonka: Przy większej skali zmieniają się warunki, w jakich powstaje kosmetyk. Mała próbka w zlewce nagrzewa się i chłodzi inaczej niż masa znajdująca się w dużym zbiorniku. Inaczej działa też mieszadło, więc zmienia się sposób, w jaki składniki są ze sobą łączone.

To może przełożyć się na strukturę emulsji, a w efekcie również na konsystencję i stabilność kremu. Dlatego przed rozpoczęciem właściwej produkcji przygotowuje się często partię pilotażową i sprawdza, czy zachowuje się tak samo jak próbka laboratoryjna. Jeśli pojawiają się różnice, koryguje się przede wszystkim sposób prowadzenia procesu, a nie od razu samą recepturę.

Kiedy można powiedzieć, że krem jest bezpieczny?

Mamy opracowaną recepturę, sprawdzoną stabilność i wyniki badań mikrobiologicznych. Kiedy więc można uznać, że kosmetyk jest bezpieczny?

A Wójcik-Golonka: Na bezpieczeństwo produktu patrzymy szerzej niż przez pryzmat jednego badania. W naszym laboratorium, pod nadzorem dermatologa, wykonujemy między innymi próby płatkowe na grupach liczących minimum 50 osób. Gotowy kosmetyk ma wtedy kontakt ze skórą w kontrolowanych warunkach, a następnie ocenia się, czy w miejscu aplikacji pojawiają się niepożądane reakcje.

Taka próba dostarcza ważnych informacji o tolerancji produktu, chociaż nie zastępuje pełnej oceny bezpieczeństwa. Przed wprowadzeniem kosmetyku na rynek przygotowywany jest raport CPSR, czyli Cosmetic Product Safety Report. Jego część dotyczącą właściwej oceny bezpieczeństwa sporządza tzw. safety assessor – wykwalifikowana osoba, która na podstawie zebranych danych ocenia, czy gotowy kosmetyk jest bezpieczny przy przewidzianym sposobie stosowania.

Oprócz samego składu znaczenie ma również to, jak często kosmetyk będzie używany i z jaką jego ilością użytkownik może mieć kontakt. Inaczej ocenia się więc krem stosowany codziennie na twarz, a inaczej produkt nakładany sporadycznie na niewielki fragment skóry.

A co w takim razie oznacza napis ‘’przebadany dermatologicznie’’?

A Wójcik-Golonka: W Unii Europejskiej nie istnieje jeden obowiązkowy protokół, po którego przejściu każdy kosmetyk automatycznie otrzymuje taki status. Taka deklaracja powinna mieć oparcie w rzeczywiście przeprowadzonym badaniu, ale samo hasło na opakowaniu mówi konsumentowi bardzo niewiele o tym, jak ono wyglądało.

Nie dowiemy się z niego chociażby, ile osób uczestniczyło w badaniu, jak długo obserwowano działanie produktu ani według jakich kryteriów oceniano reakcję skóry. Ponadto znaczenie ma grupa, do której należeli uczestnicy. Inaczej kosmetyk będzie tolerowany przez osoby ze skórą szczególnie wrażliwą czy reaktywną.

Dlatego określenie ‘’przebadany dermatologicznie’’ warto traktować jako informację o wykonanym badaniu, a nie gwarancję, że kosmetyk będzie odpowiedni dla każdego. Taki wynik informuje, że produkt był dobrze tolerowany przez badaną grupę w konkretnych warunkach.

Skąd producent wie, że może napisać na kremie ‘’nawilża’’?

A Wójcik-Golonka: Taka deklaracja powinna mieć potwierdzenie w badaniach gotowego kosmetyku, a nie tylko pojedynczego składnika. To, że jeden z surowców ma udowodnione właściwości nawilżające, nie wystarcza, bo w kremie działa on w określonym stężeniu i w połączeniu z całą recepturą.

Jeśli chcemy sprawdzić, czy gotowy krem rzeczywiście zwiększa nawilżenie skóry, możemy wykonać pomiar korneometrem. Urządzenie ocenia poziom uwodnienia najbardziej zewnętrznej warstwy naskórka, czyli warstwy rogowej.

W praktyce porównuje się wynik przed zastosowaniem kosmetyku i po określonym czasie jego używania. Jeśli producent chce potwierdzić inne działanie, na przykład ograniczenie utraty wody przez skórę, potrzebne będzie inne badanie. Dlatego metodę zawsze dobiera się do konkretnej deklaracji, która ma później znaleźć się przy produkcie.

Krem jest gotowy. Czy można już rozpocząć sprzedaż?

A Wójcik-Golonka: Pozostaje jeszcze część formalna związana z dokumentacją i wprowadzeniem produktu na rynek. Szczegółowo opisaliśmy ją w artykule “Wymogi prawne dla własnej marki kosmetycznej. Co trzeba zrobić przed rozpoczęciem sprzedaży?”.

Na tym jednak praca z produktem się nie kończy. Po rozpoczęciu sprzedaży nadal analizuje się zgłoszenia dotyczące reakcji skórnych czy problemów z konkretną partią.

Jeśli pojawia się sygnał, że coś wymaga ponownej oceny, wracamy do dokumentacji i sprawdzamy okoliczności. W zależności od sytuacji może być potrzebne dodatkowe badanie albo aktualizacja dokumentacji produktu.

Jeżeli dopiero planujesz stworzenie własnej marki kosmetycznej, rozmowa z laboratorium już na początku może oszczędzić sporo czasu na późniejszych etapach. Technolog pomoże ocenić, czy pomysł na produkt jest możliwy do zrealizowania, wskaże potencjalne ograniczenia receptury i podpowie, jakie badania oraz dokumentacja będą potrzebne przed rozpoczęciem sprzedaży. Dzięki temu łatwiej uniknąć sytuacji, w której do części decyzji trzeba wracać dopiero wtedy, gdy produkt jest już na zaawansowanym etapie prac.

Przypisy